Skoro i tak większość z Was w ogóle nie przeczyta tego wstępu przejdę od razu do rzeczy. Twilight Princess spełniła wszystkie marzenia długoletniego fana serii.

Nie wszyscy mieli okazję zagrać w przecudowną jak na swoje czasy Ocarina of Time i zapewne znajdzie się kilku takich, którzy nie zamierzają już nawet powracać w odlegle czasy. Jednak dla tych, którzy swoje dorastanie spędzili na podróżowaniu przez Hyrule na dzielnej Eponie z pewnością ucieszy fakt, że oto dostajemy jeszcze lepszy, bardziej dopieszczony produkt niż nasze najskrytsze marzenia.
Grę zaczynamy jako młody chłopiec imieniem Link. Przez cały nasz żywot prowadziliśmy spokojne, swojskie życie pomagając mieszkańcom wioski w ich codziennych pracach. Jako młodzieniec zatrudniamy się również w pobliskim ranczu zaganiając kozy, gdy nadarzy się taka potrzeba. Oprócz tego wykonujemy też wiele prostych zadań, które jednocześnie służą za tutorial tłumaczący nam mechanikę gry. Nauczymy się ujeżdżać naszą klacz, dostaniemy pierwszy miecz i procę i, co najważniejsze, poznamy okoliczne dzieciaki, których to nie bez powodu jesteśmy idolem. Jak się okazuje, początek przygód Linka jest jednym z najlepszych momentów w całej grze. Mamy świetną atmosferę wioski, wiele rozpoznawalnych postaci i pierwsze spotkania z niespodziankami, jakie kryje przed nami Twilight Princess.
Oprócz tego Link ma także możliwość zamiany w wilka (o wszelakich szczegółach tych wydarzeń dowiecie się z gry). Pod taką postacią poznajemy tajemniczą Midnę, która szybko stanie się naszym partnerem w ratowaniu świata. Jako bestia mamy możliwość gryzienia naszych ofiar, kopania w ziemi i używania naszego zaawansowanego węchu i wzroku. Włączając ten ostatni tryb nasze pole widzenia znacznie się zmniejsza, ale dzięki temu możemy rozmawiać z duchami i wywąchiwać pozostawione ślady zaginionych osób. Z początku gra wilkiem nie spodobała mi się tak bardzo – sekcje te są zbyt długie i trochę nużące – i szybko chciałem wracać do regularnej postaci. Jednak z biegiem czasu uczucie to gdzieś zanikło, a nowa forma Linka stała się jednym z najciekawszych elementów gry.
Historia gry po raz kolejny dotyczy Hyrule i księżniczki Zeldy, jednak tym razem Nintendo dorzuciło dużo więcej ciekawych zwrotów akcji i niespodziewanych wydarzeń. Świat po raz kolejny zostaje podzielony na dwa wymiary – „zwykły” i ciemny, w którym to czyhają na nas niespotykane dotychczas przygody. Nie chcę nikomu zabierać przyjemności z odkrywania tajemnic Twilight Princess, więc o fabule nie wspomnę już ani słówkiem. Dodam tylko, że dla mnie jest to najlepsza historia, jaka pojawiła się w Zeldzie do tej pory.
Dla niektórych nowa Zelda może wydać się tylko ulepszeniem Ocarina of Time, jednak nic bardziej mylnego. Twilight Princess zawiera w sobie wiele świeżych dla serii elementów, które z pewnością staną się „ulubieńcami” wielu fanów. Po pierwsze królestwo Hyrule jest o wiele większe. Całość podzielona jest na kilka prowincji, a w każdej znajdziemy przynajmniej jeden wielki rejon do eksploracji. W podróżowaniu przydatna okazuje się nasza kobyła, bez której droga może okazać się bardzo długa. Zgodnie z tradycją serii, niemal w każdym zakamarku znajdziemy ukryte przedmioty czy jakieś pieniążki. Po drodze znajdziemy tajemne jaskinie pełne niebezpiecznych pułapek i potworów. Na każdej stronie czekać będą gotowe do boju stwory, które nie omieszkają się nas zaatakować.
Jednym z najważniejszych elementow każdej Zeldy są sławne na cały świat dungeony. Tutaj Twilight Princess również nie zawodzi. Mamy ich większą niż normalnie ilości, przez co dostajemy jeszcze więcej przyjemności z rozwiązywania wymagających i ciekawie zaprojektowanych puzzli. Nasza rola w zdobywaniu każdej miejscówki dużo się nie zmieniła – szukamy kluczy otwierających niedostępne wcześniej pomieszczenia, napotykamy mini-bossa, szukamy kolejnych kluczy, walczyły z bossem, otrzymujemy jakiś bardzo cenny przedmiot – formułę zna już chyba każdy. Znalazło się jednak wiele świeżych pomysłów, jak choćby wspaniałe połączenie Iron Boots z magnetycznymi ścianami w Goron Mines –jednym z najlepiej zaprojektowanych miejsc w całej grze. Brawa należą się również za Snowpeak Ruins, które nie jest tytułowym „lochem”, a pałacykiem zamieszkałym przez dwie bardzo gościnne istoty. Niemal w każdej lokacji znajdzie się coś nowego, niespodziewanego. Nintendo po raz kolejny przeszło samego siebie tworząc te wspaniale budowle. Małym zaskoczeniem byli dla mnie bossowie, a dokładniej jak łatwo udało mi się ich pokonać. Szczerze mówiąc to tylko walka końcowa (która swoją drogą jest chyba najbardziej emocjonującym i niezwykle wciągającym starciem jakie stoczyłem w swoim życiu) stawiła jakieś wyzwanie. Reszta przeciwników uległa moim ciosom już za pierwszym razem. Trzeba jednak przyznać, że pojedynki są efektowne i często wymagają rozwikłania zagadki słabego punktu bossa.
Kolejnym charakterystycznym dla serii czynnikiem są wszelakie bronie i przedmioty. Zdobywamy je oczywiście w licznych dungeonach i najczęściej to właśnie one są kluczem do zabicia bosów. Do tradycyjnego łuku, clawshota czy bumerangu dołączyły dwie nowe zabawki – spinner przypominający latającą deskorolkę i metalowa kula na łańcuchu, która przebija nawet najtwardszy lód. Każdy nowo znaleziony przedmiot przyda się w jakimś momencie, co stawia je wszystkie mniej więcej na równi. Bez jednego z nich ukończenie gry będzie po prostu niemożliwe.
Największą nowością w Twilight Princess jest jednak sterowanie. Jak zapewne wiecie, Nintendo zdecydowało się przenieść premierę gry o cały rok, aby móc wydać nową konsolę z prawdziwym kilerem. Wersja Wii zawiera zupełnie nowy system kontroli, który wiele różni się od tradycyjnych metod. Link nadal sterowany jest analogiem, jednak chyba najważniejsza jego czynność, czyli atak, przypisana jest ruchom Wii-mote’a. Oznacza to, że musimy sami wykonywać zamachy w życiu rzeczywistym, żeby nasz bohater zrobił to samo na ekranie telewizora. Dla ciągle wątpiących w ten system mam dobrą wiadomość – otóż sprawdza się on wyśmienicie. Nie trzeba jakichś wielkich zamachów, przez które bylibyśmy zmęczeni po godzinie gry. Zamiast tego możemy lekko wyginać naszą dłoń na wszystkie strony, aby zadawać ciosy. Najlepiej wyszedł na tym sławny spin attack – nie musimy już tracić czasu ładując moc miecza, gdyż wystarczy tylko szybkie machnięcie Nunchuckiem. Z biegiem czasy stanie się to tak naturalne, że aż trudno będzie Wam powrócić do tradycyjnych metod. Oprócz tego mamy do użycia opcje „lockowania” się na przeciwnikach, przejście w widok z pierwszej osoby i użycie przedmiotu. To ostatnie przeszło małą modyfikację. Wybrana rzecz przydzielana jest do jednego z kierunków na d-padzie (lewo, prawo lub dół) i aby ją użyć musimy wcześniej wcisnąć „B”, aby została ona aktywowana. Wtedy za pomocą tego właśnie przycisku możemy wykorzystać dany przedmiot. Wszystko jest niezwykle intuicyjne i łatwo dostępne, przez co już po kilku minutach gry nie będziecie mieli żadnych problemów wykonując jakiekolwiek czynności.
Twilight Princess jest niezwykle piękną gra…jak na GameCube’a. Na próżno szukać tu next-genowej oprawy, jednak zaliczanie tego na minus uważam zwykłą głupotą ze strony autora takich tekstów, bo już chyba wszyscy przywykli do słabej mocy Wii. Patrząc ze strony artystycznej nowa Zelda jest czystym arcydziełem. Wszystko przez odwiedzane przez na wioski i odwiedzane jaskinie aż do „ciemnego” świata jest tak efektownie zaprojektowane, że zapomnicie o wszelkich niedociągnięciach graficznych. Na szczególną uwagę zasługuje Twilight Realm, który w zapowiedziach miał być całkowicie czarno-bialy. I jak to dobrze, że Nintendo się rozmyśliło. To, co otrzymaliśmy prezentuje się niezwykle efektownie i często zapiera dech w piersiach. Klimatyczne zachody słońca z pewnością pozostaną w Waszej pamięci na długo. Nie obeszło się niestety bez paru niedociągnięć, jak choćby niezwykle rozmyte tekstury podłoża czy ścian. Jeśli jednak przymkniecie na to oko czeka Was jednak z najpiękniejszych przygód w życiu.
Z niedawnych zapowiedzi wynikało, że Twilight Princess rzeczywiście bedzie masywną grą i jest w tym wiele prawdy. Mimo, że ukończenie gry zwykłemu graczowi zajmie około 40 godzin, to zagorzali fani znajdą jeszcze wiele nie odkrytych sekretów, które pozwolą na kolejne 20 godzin zabawy. Dodajmy do tego jeszcze masę ciekawych mini-gier jak choćby zapasy sumo, zjazd na snowboardzie, czy też spływ kajakowy i dostajemy jedną z najbardziej rozbudowanych gier ostatnich lat.
Jak podsumować najlepszą grę wszech czasów? Bo moim skromnym zdaniem na taki tytuł zasługuje właśnie Twilight Princess. Ale w sumie pisze to człowiek, który stawia The Wind Waker wyżej ni Ocarina of Time, więc wielu może się ze mną nie zgodzić. Nikt jednak nie zaprzeczy, że czas spędzony z nową Zeldą był jednym z najlepszych, jakie tylko mogą oferować gry. Dla mnie gra perfekcyjna, nawet pomimo bycia „tylko” portem gry z GC (i pomijając te kilka niedociągnięć), a kto nie zagra, ten nie może nazywać się prawdziwym graczem.
Ocena:
